Piękna cudzoziemka





Jesienią miałem dwa prawdziwe tournee. Promowałem książkę i we Francji, i w Niemczech. Po Francji jeździłem w ramach imprezy Les Belles Éntrangères (Piękne cudzoziemki, a jedna z nich to ja).

Francja chce zaprezentować Francuzom literatury (dlatego "piękne" w rodzaju żeńskim) ze wszystkich krajów świata. Co roku po dwóch autorów z 10 kolejnych krajów objeżdża Francję, a finansuje to francuskie ministerstwo kultury. Z Polski wybrano Hannę Krall i mnie (może znaczenie miało to, że właśnie w październiku wyszły nasze książki; Krall - „Król kier znów na wylocie” u Gallimarda). Występowaliśmy w bibliotekach, więzieniach, domach kultury. Musiałem wejść (chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę) w rolę pisarza i dyskutować z publicznością nie tylko o literaturze, ale co najgorsze - o m-o-j-e-j literaturze, czego nie znoszę, bo mi się od razu metalowa rura w przełyku pojawia. Że nie jestem pisarzem, nie było sensu zaprzeczać, bo by to uznali za zaburzenie psychiczne.

Kiedy tylko ci wszyscy koledzy-pisarze dowiadywali się, że nie mówię po angielsku, ale trochę rozumiem, każdy uznał za stosowne, żeby mi coś powiedzieć.

Pisarz z Korei Płd poinformował mnie, że Korea i Polska mają dużo poetów.

Pisarz z Kanady, że nie może zrozumieć, jak w Polsce mogli wygrać Kaczyńscy.

Pisarz z Portugalii, że Kraków jest cudowny.

Pisarz z Albanii, że Herbert jest cudowny.

Pisarka z Portugalii, że ucho od walizki jej się urwało.

A para pisarzy z Nowej Zelandii, że targ jest niedaleko.

Zastanawiałem się, co ja bym im powiedział, gdybym umiał powiedzieć jedno zdanie po angielsku...

Z H.K. w Aix-en-Provence

Ten targ to był już w Arles.

W Arles wydawnictwo, które mnie wydało ma swój kościół. A dokładnie - jest właścicielem zdesakralizowanego podczas rewolucji francuskiej kościoła, w którym dziś już są tylko gołe ściany ze zdartymi polichromiami, bez żadnych zdobień. Wszystkie nierówności i chropowatości świetnie podświetlone halogenami. Kościół ma sufit z drewna, bo 200 lat temu dostali go we władanie hodowcy owiec i trzymali tam stada, a strych zbudowali na wełnę. Odbywało się tam przyjęcie z okazji zjazdu tłumaczy literatury. W nawie bocznej grał jazzband, a na ołtarzu głównym była scena, na którą trzeba było wejść i tym kilkuset osobom powiedzieć "Bonjour".

Spotkała mnie tam miła rzecz - ponieważ moją stronę czytają fani, więc pozwalam sobie na zapisanie poniższej myśli – otóż właściciel Actes Sud po zejściu z ołtarza (gdzie przemawiał do gości) powiedział, że książki i teksty to najczęściej rzeka, którą trzeba przepłynąć wpław. Musimy pokonać mnóstwo wody, stracić dużo siły. „A pana teksty to przechodzenie przez głęboką rzekę po wystających głazach. Musimy przeskakiwać. Ale emocje są takie same, bo noga może się łatwo ześlizgnąć z mokrego kamienia i można wpaść”.

Kościół ów

I w więzieniu, i w bibliotece - pytania.

Więzienie pod Paryżem, chyba 4 tys. osadzonych, większość – kolorowi, pisarze z Albanii mieli spotkanie w jednym kółku bibliotecznym, my – w drugim. Jeden z osadzonych powiedział, że był kierowcą tira, siedzi tu już czwarty miesiąc i teraz pierwszy raz w życiu przeczytał książkę w całości. „Zdążyć przed Panem Bogiem" właśnie. (Ale bardzo trudna - zaznaczył - bo wszystko jest tam nie po kolei). Ten zakład karny to czteropiętrowe bloki, które wyglądają trochę jak na Ursynowie, tylko bardziej ponuro. Wokół okien fruwają stada ptaków. Podlatują, siadają na parapetach, drą się, przekomarzają z więźniami. Tajemnica ich relacji wyjaśnia się, jeśli spojrzeć w dół, na ziemię. Wszystkie resztki i śmieci ci faceci wyrzucają przez okna. Nie mogą mieć koszy w celach, bo mogliby się nimi pozabijać. Więc pod blokami żerują ptaki).

Najczarniejszy z więźniów, może dwudziestolatek, przygotował pytanie do pani Hani: dlaczego Hitler tak bardzo nienawidził Żydów. Oraz: jak mogło dojść do Holokaustu.

Jeden z Czarnych, może muzułmanin dodał, że przecież jeśli tak bardzo się kogoś nienawidzi, to muszą być jakieś powody.

Ja miałem łatwo: - Co to był komunizm?

Opowiedziałem więc o Lence Reinerovej z mojej książki. Kiedy ją za Stalina aresztowano, przez rok nikt nie przestawił jej żadnego zarzutu. A kiedy pytała, za co jest zamknięta, mówili jej: "Już wy, towarzyszko sama wiecie za co". Wypuścili ją z więzienia bez sądu, bez oskarżenia i wyroku. Kiedy przyjechała do domu, w jej mieszkaniu żyli już obcy ludzie, a męża z dzieckiem za karę odesłano do innego miasta. Szukała ich przez długi czas, bo nikt nie znał adresu. Po śmierci Stalina przyszła odwilż. Pani Reinerova poszła do ministerstwa spraw wewnętrznych, aby ją zrehabilitowano. Okazało się, że nie ma żadnego śladu, że była aresztowana. Ani jednego dokumentu. "Może to wszystko się towarzyszce wydawało..." - powiedział urzędnik.

- Co musi umieć reporter?

Powiedziałem, że na pewno jedno. Jeśli tak jak ja, znajdzie się w kraju, którego języka nie zna, musi umieć się czegoś dowiedzieć. Gdy do Paryża w latach Wielkiego Kryzysu przyjechał Egon Erwin Kisch, który nie znał francuskiego, ale tylko spojrzał na popielniczki w kawiarni i zaraz powiedział: - Kryzys zdaje się minął. Ludzie wyrzucają coraz większe niedopałki.

W Arles stanąłem przed wystawą księgarni i przypomniałem sobie, że kiedyś wygrałem w Internecie konkurs na najgłupszego Polaka.

Głosowało na mnie kilkaset osób. Drugie miejsce – zdaje się - zdobył Bogusław Linda. Oczywiście przez długi czas mnie bardzo ten wynik dręczył. Bo całe moje dorosłe życie jest ucieczką. Od mojej rodzinnej Złotoryi, od fatalnego wykształcenia, od moich kompleksów. I największą moją ambicją było zawsze, żeby mówili o mnie: To nie jest głupi chłopak. Zwycięstwo w tym konkursie przeżyłem. Nie uważałem, że jestem głupi, miałem jasność, że to wizerunek telewizyjny „prostaczka bożego” narobił mi szkód. Niemniej moje kompleksy powodowały, że gdzieś podświadomie przyznawałem ludziom, którzy na mnie chętnie głosowali, rację. Najpiękniejszej dziewczynie można wmówić, że ma mankamenty.

Wystawiony

I teraz wreszcie, po ośmiu latach od tego konkursu, przy tej wystawie z francuskim „Gottlandem” mi przeszło. Poczułem fizycznie jak moje ciało nagle się spina i rozluźnia, jakby wyszło ze mnie jakieś napięcie całego życia.

I poleciało sobie gdzieś do rzeki Rodan.

I szedłem wzdłuż jej brzegu już jako wolny człowiek.

I spotkałem dom, o którym pomyślałem, że nie chciałbym go zapomnieć.

I zaraz wyobraziłem sobie, że w nim mieszkam, że jestem brytyjskim pisarzem, który tam siedzi i pisze moją ulubioną książkę „Papuga Flauberta”.

Dom, w którym mnie jednak nie ma

Wracając do pytań.

Wszędzie właściwie pytano nas o literaturę faktu. Dlaczego ludzie coraz bardziej wolą czytać o tym, co wydarzyło się naprawdę.

Nie powiem, że zmyślenie jest passé, ale na pewno non-fiction ma się coraz lepiej.

I przy fotografowaniu okna mojego pokoju w Arles napadła mnie pewna prosta odpowiedź, a przy fotografowaniu okna w Aix osadziła się już w mojej głowie na dobre.

(Coraz częściej fotografuję okna pokoi hotelowych, w których mieszkam. Nie wiem, po co. Robię to instynktownie. Nie mam dzieci, kto więc to będzie chciał oglądać? Coraz częściej łapię się na tym, że mnóstwo rzeczy robię niepotrzebnie, bo nie mam dzieci).

Wracając do myśli o non-fiction.

Kiedy wchodzimy do mieszkania, które chcemy kupić lub do pokoju w hotelu, zawsze podchodzimy do okna. Spoglądamy przez szybę, chcemy okno otworzyć i wyjrzeć. Można omieść wzrokiem obrazy czy zdjęcia na ścianach, ale najważniejsze jest, co za oknem. Czy jakiś dom, czy mur, czy wolna przestrzeń. Jak się ma nasze okno do okien z naprzeciwka? Ile przez nasze okno będziemy mogli zobaczyć? Kto nas może zobaczyć? Człowiek musi wiedzieć, gdzie się znajduje. Musi ustalić swoją pozycję. Musi się czuć bezpieczny.

I sądzę, że dlatego właśnie czytamy literaturę faktu. Owszem – zmyślenie (obrazy na ścianach) może być bardzo piękne, ale widok za oknem zaspokaja jakąś fundamentalną potrzebę.

W „Paryskim splinie” Baudelaire'a, wydanym niedawno przez słowo/obraz/terytoria (pięknie), a opatrzonym przypisami przez Ryszarda Engelkinga (przepięknie) jest taki pogląd Ch.B., że ten, kto patrzy na świat przez otwarte okno, nigdy nie ujrzy tak wiele, jak ten, co z zewnątrz wpatruje się w okno zamknięte.

Jak kto, Panie Baudelaire, jak kto…

Mnie widok za oknem pozwala przeżyć.

(A jak komuś jeszcze, to niech się zgłosi i opowie).

Okno w Arles

W Aix

W związku z Arles musi się pojawić van Gogh. To jego mniej znany obraz alei antycznego cmentarza. Ciekawe, czy to popołudnie, bo niebo między szpalerem drzew na tym obrazie wydaje mi się niebem świtu.



Cmentarz jako ćwiczenie.

Chodzę z przyjemnością na cmentarze. Już jako dziecko to uwielbiałem, bawiłem się zawsze na grobie mojego brata, Andrzejka, który umarł przed moim urodzeniem. Grobek był malutki, taki zabawkowy jakby.

Cmentarze mnie uspokajają. Mam podejrzenie, że tak strasznie się boję śmierci, że podświadomość mnie tam wysyła.

[Mój tato (75), Jerzy Szczygieł codziennie powtarza to samo zdanie: - Żono, jedziemy nad morze, musimy położyć się w piachu i powoli już zacząć się przyzwyczajać.

Ojciec nie znosi cmentarzy i żadnych wzmianek o pogrzebach, unika nawet pójścia na pogrzeb w najbliższej rodzinie; kolor ścian w części mojego mieszkania - czarny - uważa za zamach na siebie. Jakby własny syn mu dał w twarz. Kiedy tylko może, mówi, że przemaluje mi te ściany "na seledynek" lub chociaż "na gołąbkowy. Ale skoro teraz już i ojciec zaczął powtarzać zdanie o piachu jak mantrę, oznacza to, że jego podświadomość domaga się oswajania tematu śmierci. Widocznie, ja chodząc na cmentarze, oswajam wcześniej].

Więc w Arles - dwie fantastyczne wycieczki. Po przejściu przez długi targ wzdłuż bulwaru (parę z Nowej Zelandii, Jenny Bornholdt i Gregory’ego O’Briena, spotkałem trzy razy) poszedłem na ten antyczny cmentarz. Les Alyscamps. Van Gogh namalował go jeszcze na dwóch innych obrazach. 

Przedpołudnie 11.11.2008, ani jednej osoby. Długa aleja platanów i pootwierane sarkofagi.

Podobno leży tu rycerz Roland z „Pieśni o Rolandzie”, podobno było to miejsce spotkań pierwszych chrześcijan, Dante opisał cmentarz w IX księdze „Boskiej Komedii”...

Niestety, od XII wieku władcy z Arles dawali nagrobki w prezencie swoim gościom. Zostały zionące pustką sarkofagi i jakaś energetyczna równowaga w powietrzu.

I platany. To nie jest ta czerwień drzew, jaką w listopadzie 1888 roku zobaczył van G. i namalował. Ja byłem w innym listopadzie. Ale aleja mnie tak uspokaja, że sobie ją ustawiłem teraz jako tapetę w komputerze.

Nie mogą mieć 121 lat, nie mogą pamiętać Van Gogha i to chyba zupełnie inny rodzaj drzew, niż te z obrazu.

No i nowożytny cmentarz, po drugiej stronie miasta.

Cmentarz bardzo błyskotliwy.

Cmentarz, który zagaduje do człowieka.

Na grobach stoją pamiątki. Jakby fotografie poustawiane na biurku. Zdjęcia w ramkach, oprawione rysunki, porcelanowe drobiazgi. Na nich – ważne myśli.

Pani Agata Łobodziec z Lyonu, która przetłumaczyła mi napisy na tych nagrobnych gadżetach, które sfotografowałem, na francuskim grobie widziała nawet wyrzeźbiony rower, bo zmarły należał do koła rowerowego.


"Naszej Mamusi. Mojej czułej Małżonce".

(Kobiety ubrane są w typowe stroje z Arles)

Mojemu mężowi
Naszemu kuzynowi. Nigdy o Tobie nie zapomnimy

Dedykowana poduszka: "Łaskawe kwiatki, posłańcy przyjaźni, przekażcie Jej (Jemu), że moje serce o Niej (o Nim) nie zapomni"


Pamiątka. Przypomina zmarłemu, co lubił najbardziej robić?

Gdyby tylko pójść śladem dedykacji na tych pamiątkach… Z takich grobów ułożyłaby się książka o Arles.Non-fiction.

Już wiem, jakie jedno zdanie bym powiedział tym pisarzom po angielsku. Tonem niezwyczajnym, z lekką emfazą: "Frenchmen have sweet cemeteries. Lovely...".

PS. Bardzo dziękuję tłumaczce mojej książki, Margot Carlier, bez której nic bym nie zrozumiał.


Data publikacji: 2009-01-18

Komentarze

2009-01-19 - Ania Ferensztajn

Po odwiedzeniu strony Belles Etrangeres cały czas mi się wydaje niesamowite, że we Francji taka inicjatywa idzie od władz państwowych. To chyba świadczy o tym, jaką pozycję ma u nich kultura, prawda?

I jeszcze to, że we francuskiej literaturze jest tyle miejsca na wpływy z innych kultur. Dzięki temu, że Francja tak długo władała połową świata, na tyle nasiąkła egzotyką, że Francuzom coś z tego chyba zostało - ciekawość tego, co za oknem.

Ma pan, panie Mariuszu, przynajmniej jedną wspólną z nimi cechę - do nich też nie mówi sie po angielsku :)



2009-01-19 - DD

Zazdroszczę Panu tej tapety na komputerze, nie zazdroszczę myśli, bo miewam podobne...



2009-01-20 - iza

Często się przemieszczam i widok z okna to dla mnie prognostyk, czy pobyt w tym nowym miejscu będzie udany. Taka swego rodzaju wróżba. Ale mam też coś takiego, że zawsze oglądam okna i balkony z zewnątrz, i zastanawiam się, czy chciałabym pić kawę lub jeść śniadanie z takim widokiem, jaki się z nich rozpościera. I próbuję sobie wyobrazić, jak żyją mieszkańcy danego domu, jak brzmi „smacznego” a jak „czy możesz mi podać chleb?” w ich języku. Bo przecież mogłabym być na ich miejscu.

Pozdrowienia serdeczne




2009-01-24 - Kasia G.

Bardzo ciekawy tekst... Co do "najgłupszego Polaka" to chodzi o to, że oni specjalnie wybierają ludzi normalnych, bo co to za frajda robić z jakiegoś prawdziwego głupka zwycięzcę. Życie...



2009-01-25 - Krystyna Czerny

Mariuszek, podarowalam Ci na urodziny nauczyciela od angielskiego - wagarowales?
:o))
Takze dla mnie widok za oknem jest istotny; jest jak barman miksujacy w moim organizmie koktajl z hormonow szczescia.
Zdjecie najzdolniejszego barmana przesylam Ci poczta prywatna...
Krysia



2009-01-25 - M.Szcz.

Widok za oknem jak barman... Nie wpadłbym, ale trafne bardzo.
Pzdr



2009-01-28 - Demonika

No tak, powróciła do mnie radość z czytania, o której na chwilę zapomniałam. Dziękuję. Bardzo pozdrawiam!!



2009-01-28 - ab

"(Coraz częściej fotografuję okna pokoi hotelowych, w których mieszkam. Nie wiem, po co. Robię to instynktownie. Nie mam dzieci, kto więc to będzie chciał oglądać? Coraz częściej łapię się na tym, że mnóstwo rzeczy robię niepotrzebnie, bo nie mam dzieci)..." -

-Napadła mnie pewna prosta myśl a teraz osiadła w mojej głowie na dobre ;) - pisarz zostawia wszystko swoim czytelnikom. I teksty i zdjęcia.Oni chcą oglądać i czytać. I patrzeć na świat Jego oczami.Czytelnicy to dzieci pisarzy. I to dzieci jedyne w swoim rodzaju. Właśnie dla nich warto robić to co się robi. Jak podpowiada matka intuicja :)



2009-02-03 - Mariusz Szczygieł

Dziękuję "ab", to krzepiące i nigdy mi nie przyszło do głowy.



2009-02-11 - Baribal

Jako leśnik, autorytatywnie stwierdzam, że u Van Gogha są brzozy



2009-03-04 - Beata S.

Po pierwsze: ja też zawsze w ,,nowym miejscu" wyglądam przez okno.Taki odruch ale po tym tekście zacząlam sie zastanawiać dlaczego tak wlasnie robię.
Po drugie:,, piekne,kolorowe tabliczki na nagrobkach" chcialam napisac ,że zobowiążę rodzinę do zrobienia mi takiej ale przypomnialo mi sie ,że nie chce mieć nagrobka.Co robić???
Poza tym uslyszałam gdzieś zdanie:,,kto boi się śmierci ten boi sie życia" i chyba do mnie przylgnęło.
Niezłe zdjęcia! pozdrawiam



2009-03-10 - agata.Lyon


Do wszystkich zakochanych we Francji : Pan Mariusz ma po prostu mega talent i cale szczescie, ze Francja to docenila.
Jednak to tylko pozory, ze ten kraj jest otwarty na swiat. Ich okno otwiera sie jedynie na dziedziniec : )

Mimo bieglej znajomosci jezyka, Francja i ja nadal sie nie rozumiemy, wiec Panie Mariuszu, nic Pan nie stracil ! ; ) Nieswiadomosc jest slodka.

Dzis mam chyba kiepski dzien : pani na poczcie spytala sie mnie czy w Polsce pisze sie od lewej do prawej czy od prawej do lewej.

Vive la France....

pozdrawiam.







2009-04-24 - MonikaM

Napisał Pan, że widok z okna pozwala Panu przeżyć. Mnie pomógł przetrwać, kiedy z ciężko chorym dzieckiem leżałam w szpitalu przez półtora miesiąca, daleko od rodziny. CZD jest pięknie położony, w Międzylesiu. Z najwyższego piętra budynku, z okien oddziału niemowlęcego widziałam rozciągające się po horyzont lasy. Było lato, przez większość dni była piękna pogoda. Czułam się tam jak w więzieniu, bo okien nie można było otwierać, a ja wychodziłam z budynku tylko na kwadrans dziennie, na zakupy. Ale kiedy było mi źle, wyglądałam przez okno. Ten widok był kojący. Jestem pewna, że gdybym miała widok na inny, szary budynek, albo w ogóle pozbawiona byłabym widoku z okna, nie przetrwałabym.



2009-04-27 - ab

http://wyborcza.pl/1,75475,6486804,Nagroda_za__Gottland_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1721533?utm_source=RSS&utm_medium=RSS&utm_campaign=4809254

Moje gratulacje :) bardzo się cieszę :)



2009-07-07 - GTi

Łobodziec, Łobodziec - ty jesteś jak Francja - też Cię trudno zrozumieć...

"Nieswiadomosc jest slodka", powiadasz, czemu narzekasz na panią z poczty, która w tej nieświadomości umościła sobie gniazdko?



2009-07-15 - wiwowroc

W nawiązaniu do codziennie wypowiadenej kwestii przez Pana tatę: mój tato, który chciałby być skremowany ma taki tekst: "Gaz drożeje"



2010-05-19 - Stanley Devine

Panie Mariuszu - dlaczego nie Vondrackovoland albo Helenoland? To by bylo jeszcze bardziej oryginalne...



Dodaj komentarz




Mam okladke

Mam juz okladke mojej nowej ksiazki. Moze jeszcze beda jakies poprawki liternictwa, zeby mi Jezus Chrystus Davida Černego nie zjadl tytulu ani nazwiska. Jestem...


© 2006 Copyright by Mariusz Szczygieł. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Seo-CMS ®    Designed by Adicom

statystyka