Moja gazeta poprosiła mnie o tekścik do specjalnego wydania na 20 lecie „Gazety Wyborczej” (8 maja 2009). Miałem napisać o książkach Kapuścińskiego, które drukował u nas w odcinkach.
Ryszard Kapuściński był Sienkiewiczem „Gazety Wyborczej”. Pisał „Imperium”, „Heban”, „Podróże z Herodotem” i „Lapidaria” z tygodnia na tydzień i - jak zauważono – od czasów Sienkiewicza mało kto pracował w takim reżimie.
Od lat, właściwie od pierwszej książki, kiedy został uznany za wybitnego, żaden redaktor nie poprawiał jego tekstów, chyba że drobne błędy merytoryczne, np. w datach i nazwiskach. Za każdą poprawkę wielokrotnie dziękował, kłaniał się i zachwycał istnieniem redaktora.
(Pomijam już, że kiedy R.K. spotykałem, miałem wrażenie, że od razu zachwyca się moim istnieniem. Sądzę też, że takie wrażenie odnieśli wszyscy, których pan Ryszard spotykał).
Nie znosił jednak poprawek stylistycznych. Przy jednej z książek zdarzyło się, że nie było w pracy redaktora, który co tydzień przyjmował odcinek do druku i ktoś, kto go zastępował, przetrzebił Kapuścińskiemu przymiotniki. W szkołach kreatywnego pisania i na wydziałach dziennikarstwa uczą (sam to robię), że przymiotniki to tyle, co zbędny dekor, odpowiednik koperku na ziemniakach i należy ich unikać. Czytelnik (mówię też o sobie) jest w stanie przyjąć maksymalnie jeden przymiotnik w zdaniu, przy drugim mózg mu się zamyka. Zaś autor „Cesarza” przymiotniki uwielbiał. Często lubił dodawać po trzy przymiotniki do jednego rzeczownika. Karaluchy były więc „zamknięte, bezgłośne, tajemnicze”, rzeczywistość „zielona, mroczna, nieprzenikniona”, a jeden męski typek „olbrzymi, ociężały, zapasiony”.
Redaktor (w zastępstwie) poskreślał więc po dwa i Ryszard Kapuściński zobaczył swoje ogołocone zdania już, kiedy czytał strony „Gazety” gotowe do druku. I wtedy nagle ten uroczy pan, który zawsze miał pod ręką wielką porcję miłych słów dla otoczenia i sprawiał wrażenie, że zgadza się ze wszystkimi, których spotyka – wykazał się zaskakującą asertywnością. Stanowczo zażądał, żeby przymiotniki wróciły na swoje miejsce, w przeciwnym razie zabiera odcinek i na zawsze przestaje u nas drukować.
Zadzwoniłem do Bożeny Dudko, która była wiele lat redaktorką w dziale reportażu, a pod koniec życia pana Ryszarda została jego archiwistką i porządkuje archiwum po pisarzu do dziś, żeby omówić te przymiotniki, bo naprawdę miewałem spory problem na zajęciach, aby przy swojej niechęci do przymiotników i swoim podziwie dla pisarstwa Kapuścińskiego – dać studentom spójny komunikat.
Bożena mówi, że ponieważ R.K. starał się każdą książkę napisać inaczej, mozolnie szukał więc odpowiedniego stylu i rytmu. W "Imperium" chciał, żeby narracja była bliska naturze Rosji: bezkresne przestrzenie jak bezkresne zdania. Po to były mu potrzebne przymiotniki. Rzeczywiście – mam wrażenie, że np. w „Hebanie” przymiotniki miały uczynić obraz bogatego w barwy kontynentu bardziej wizualnym.
Pointa w tekściku na jubileusz „Gazety” jest więc taka:
Jak Państwo zauważyli, dla Ryszarda Kapuścińskiego byliśmy w stanie złamać zasadę każdej szkoły pisarskiej.