Zbite lustro




Mariusz Szczygieł

„Polityka” 33/2001

Najczęstsze pytanie - jakie publiczność, wchodząca do studia, zadawała przez ponad sześć lat mojej pracy w telewizji - brzmiało: „A to my nie wchodzimy na dach?”.

Nie mogłem uwierzyć, że niektóre, nawet nowocześnie wyglądające, osoby z widowni mogą myśleć, iż Polsat cokolwiek kręci na prawdziwym dachu. Jedna pani ze Stargardu wzięła ze sobą nawet jedwabną chustkę, była bowiem przekonana, że silny wiatr rozwieje jej włosy podczas nagrania. Niestety, przekonywałem się wielokrotnie, że ludzie wierzą w prawdziwy dach. Wydawało nam się, że to, co widać na ekranie - jednoznacznie sugeruje umowność. Mariusz Szczygieł nigdzie przecież nie lądował żadnym helikopterem.

Podczas pracy poznawałem też inne cechy „masowej widowni”, jednak ze swoją  wiedzą musiałem się kryć. Gdziekolwiek ujawniłem pogląd, że publiczność jest na niezbyt wysokim poziomie, wmawiano mi, że się mylę. Że to twórcy telewizyjni, aby produkować więcej tanich i tandetnych programów, ogłaszają: widownia jest prymitywna i potrzebuje rechotu w sitcomach. Dziś, kiedy po szoku związanym z sukcesem „reality show”, filozof Jacek Hołówka przyznał na łamach „Polityki”, że inteligencja miała bardzo fałszywe pojęcie o polskim społeczeństwie, myśląc, że jest to społeczeństwo wysokich ambicji – nabieram odwagi. Rzeczywiście – z mego doświadczenia wynika, że odpowiednio manipulowani przez media, możemy stać się społeczeństwem doskonałych bezmyślnych konsumentów.

Pewnego razu do „Na każdy temat” zaprosiliśmy śpiewaczkę operową, która przygotowała nie te utwory, co trzeba. Nagle zaskoczyła nas informacją, że zaśpiewa pieśń Karłowicza. Zaniemówiliśmy, bo o północy w niedzielę, po prezentacji fryzur intymnych, zaserwować rozgrzanej publiczności smętną pieśń: „Chylisz główkę na pierś białą” czy coś w tym stylu – to dla telewizji komercyjnej samobójstwo. Wtedy jednak reżyser Witold Orzechowski, który ma wyczucie masowej widowni, wpadł na genialny pomysł. „Powiesz” – zwrócił się do mnie – „że to jest pieśń, która leczy. Dźwięki wydawane przez śpiewaczkę mają taką częstotliwość (co – zaznaczysz - zbadali naukowcy japońscy) że wpływają one na funkcjonowanie organów wewnętrznych człowieka. I każdy, kto cierpi na nerwicę, bezsenność i wrzody żołądka, powinien podczas wykonywania utworu dotknąć głośnika od telewizora. Wtedy będzie wyleczony”.

Gdy montowałem program, w czasie występu śpiewaczki dodałem jeszcze na ekranie napis: „UWAGA CHORZY! Proszę trzymać się telewizora!”.

Efekt przeszedł wyobrażenia. Rzecz całkowicie zmyślona podziałała cudownie. Nadeszły listy z podziękowaniami, że pieśń wyleczyła ludzi z depresji, wrzodów i lęków. Młoda kobieta pytała, czy większe dawki byłyby w stanie wyleczyć bezpłodność. Surrealizm na miarę filmów  Barei stał się rzeczywistością.

Pan profesor Hołówka i red. Barbara N. Łopieńska kończą swoją rozmowę naiwnym - według mnie - przekonaniem, że w końcu ludzie zobaczą w telewizji jak są głupi i się poprawią. Jacek Hołówka stawia niedorzeczną wręcz tezę: za jakiś czas te wulgarne programy telewizyjne i okropne teksty w prasie będą pełniły funkcję lustra. Efekt lustra zadziała, lustro nas uratuje.

Otóż nic nas nie uratuje.

Czy w którymś z mocno zmakdonaldyzowanych, zewnątrzsterownych społeczeństw taki proces miał miejsce? Czy Niemcy (skąd na przykład przybył do Polski „wirus głupkowatej prasy kolorowej”) przejrzały się w lustrze i oniemiały na własny widok?  Czy z podobnego powodu w Stanach przestano produkować idiotyczne programy? W Polsce „pauperyzację intelektu” w przestrzeni publicznej ciągle analizuje się w oderwaniu od procesów światowych, zakładając, że jesteśmy jakimś wybranym niezwykłym narodem, którego te prawidła nie dotyczą.

Od pojawienia się „Big Brother” słyszę jeden wielki lament inteligencji. Jednak nikt uczciwie nie przeanalizował: Czy Amerykanie lub Włosi są „mniej moralnym”, „głupszym”, „gorzej komunikującym się ze sobą”, „mniej szczęśliwym”, społeczeństwem, niż my, bo od dawna oglądają gównianą papkę w telewizji? Czy „prymitywna” telewizja wyprodukowała tam same zniewolone umysły, pozbawione rozsądku? Dlaczego więc ogromne masy Amerykanów są nadal tak religijne? Dlaczego Włosi nadal celebrują wielogodzinne kolacje, w których najważniejszą wartością poza winem jest jednak rozmowa?

Pan profesor uważa, że kiedy Polsce przybędzie inteligentów i będą stanowili 30 proc. populacji, nadadzą ton ogółowi. Wątpliwe. We Włoszech i USA inteligentów jest więcej, niż w Polsce i co? Nadali ton? Kraje te produkują mniej niewybrednych programów telewizyjnych? Niedawno na przykład włoska prezenterka w popołudniowym talk show ściągnęła majtki i rzuciła na twarz pisarzowi, który zarzucił jej brak poczucia humoru.

Na razie, przy niewielkim wpływie szkoły i Kościoła, przy zaniku czytelnictwa, jedynymi miejscami, z  których inteligenci mogliby promieniować na społeczeństwo, są media. W Polsce głos inteligenta ma znaczenie, gdy pojawi się tylko w dwóch, trzech tytułach: „Polityce”, „Gazecie Wyborczej” i ewentualnie „Rzeczpospolitej”. Reszta tytułów, i z lewa, i z prawa, łącznie z „Życiem” i „Przeglądem” ma marginalne, niszowe znaczenie. Na razie więc mądry inteligent w Polsce przemawia sam do siebie. Profesor Hołówka - do redaktor Łopieńskiej i odwrotnie. I nie ma to żadnego znaczenia dla zadowolonych z siebie mas.

O mizernej roli inteligenta w telewizji publicznej napisano setki artykułów, więc temat pominę. A co z rolą inteligentów pracujących w „Chwili Dla Ciebie”? Czas zastanowić się, czy inteligent-dziennikarz, gdy opuszcza na przykład „Gazetę Wyborczą” i idzie do pracy w „Super Expressie”, „Halo” czy TVN naprawdę głupieje? Bo dlaczego nagle produkuje – jak nazwał to profesor Hołówka – „te okropne teksty i programy?”. Redaktorami kolorowych tygodników zostali przecież byli redaktorzy „Gazety Wyborczej”, „Poezji” a nawet „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektorem programowym największej stacji komercyjnej jest były publicysta prawicowej „Arki”, poeta, którego wiersze zyskały miano intelektualnych. Dziś podpisuje on m.in. zgodę na emisję „Różowej Landrynki”.

Przykładów mam mnóstwo, ja też jestem jednym z nich. Wszyscy stracili głowę i obniżają loty? Otóż nie. Pracując w komercyjnych mediach, mają małą szansę, by przemówić własnym głosem inteligenta. Muszą stosować się do wytycznych właściciela nastawionego na zyski.

A kiedy już dopadnie się kasy w komercyjnych mediach, bardzo trudno jest przestać. Gdy dwa miesiące temu odchodziłem na własną prośbę z telewizji, usłyszałem, że mam coś z głową. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie porzuca złotego źródełka, jakim są telewizyjne zarobki. Najczęściej ludzi się wyrzuca albo ich programy spadają z anteny.

Profesor Hołówka łudzi się, że gdy przybędzie inteligentów i będą stanowić krytyczną masę, zaczną wpływać na potrzebujący wzorców lud. A ja nie wierzę, że „nowy inteligent” uzdrowi społeczeństwo. Ów inteligent będzie mógł tylko jeszcze inteligentniej służyć swemu właścicielowi. I inteligentniej przysparzać kasy.

Spotkałem niedawno wykształconą dyrektor agencji reklamowej. „Wiesz” – powiedziała – „ci ludzie z twojego programu są jacyś tacy brzydcy, źle ubrani, małomiasteczkowi. Nie mogę patrzeć na tę prowincję”. Tak więc o inteligencie rozumiejącym masy, na którego czeka profesor Jacek Hołówka, radziłbym zapomnieć. Inteligent za kilka lat nie będzie miał ochoty kogokolwiek rozumieć. Ani bezrobotnych, ani słuchaczy disco polo. Będzie cechować go wyłącznie obojętność i arogancja. Jedyne, co będzie dla niego ważne, to jego własna wąska specjalizacja (a więc ucieczka od ogólnohumanistycznej wiedzy) i własne konto. Czy Pan profesor wierzy, że za 15 lat jakieś bibliotekarki z poczuciem misji będą namawiać nowe duszyczki na Stendhala?

Zgadzam się tylko z jednym zdaniem z wywiadu red. Barbary N. Łopieńskiej: „Boże, to róbmy coś”.





Dziecko ma już rok!

Wrzenie świata ma rok. 10.09.10 otworzyliśmy księgarnię i mam nadzieję, że jej nie zamkniemy. W dzisiejszym warszawskim "Co jest Grane" (w dziale...


© 2006 Copyright by Mariusz Szczygieł. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Seo-CMS ®    Designed by Adicom

statystyka