Przez kilka lat na tej stronie internetowej miałem takie powitanie:
Jestem reporterem. A poza tym
niechlujnym czechofilem. Czasem nie podoba mi się, jak
opowiadają inni, dlatego opowiadam sam.Kiedyś pewien psychiatra pokazał mi
zeszyt swojej pacjentki. Wiejska kobieta raz na jakiś czas rzucała pracę w polu
i zasiadała, żeby notować refleksje. Najciekawsza z nich dotyczyła samego
pisania:
"Pisanie? To nie takie proste
ludziom czas zajmować".
Muszę powiedzieć, że minęło
kilkanaście lat, ja to zdanie pamiętam i zawsze, przy każdym oddanym do
redakcji tekście zastanawiam się, czy tym razem mam prawo "ludziom czas
zajmować". Tej pewności nie mam nigdy.
Taki to był wstęp. Postanowiłem go znów przytoczyć, bo po aferze z
„Kapuściński non-fiction” mam wrażenie, że wielu czytelników zgłupiało. W świat
poszedł przekaz: Kapuściński kłamał, kłamią i jego następcy.
Wielu tym, którzy nie czytali ani „Kapuścińskiego non-fiction”, ani
Kapuścińskiego – tyle wystarczy. Zero jedynkowa wizja świata, czarno-biały
podział, kłamał/nie kłamał – poczułem się znów jak w PRL.
Czym jest pisanie reportażu?
Ujawniło się przy tej okazji, że niektórzy myśleli, iż reportaż to „goły
fakt”, „czysty fakt” czy też „przepisywanie rzeczywistości”. Tzw. przeciętny czytelnik
ma prawo tak myśleć, ale nie wiem, jak to możliwe, żeby luzie o jakiejś
kulturze literackiej (Krzysztof Burnetko w „Polityce”) tak mogli myśleć.
Nic bardziej błędnego.
Powtórzę: „Nie podoba mi się jak opowiadają inni, dlatego opowiadam sam”.
Ktoś napisałby tak: „Kiedy go zobaczyła, pomyślała, że zostanie jej mężem”.
Nie jest źle, zwyczajne, proste zdanie, tak się pisze, jest OK.
Tylko, że ja wolę inaczej, to ma być moje opowiadanie. Może być gorsze, ale
moje.
„Kiedy go zobaczyła, jej głowa przeżyła napad. Napadła ją niepożądana,
przedwczesna i wstydliwa myśl.
Brzmiała: to będzie mój mąż”.
Czy zmyślam? Nie. Fałszuję rzeczywistość? Nie. Czy przesadzam? Nie. Czy
koloryzuję? Nie sądzę. Jest to ta sama informacja tyle, że według mnie
przekazana ciekawiej.
Lubię czytelnika wciągać w historię, lubię kiedy i ja, i on jesteśmy jakoś
podnieceni obcując z nią. Ja, gdy piszę, on, kiedy czyta. I nie ma tu żadnej
szkody dla prawdy. Nawet uważam, że to dla prawdy lepiej, bo dzięki temu, że
czytanie będzie przygodą, czytelnik zapamięta więcej, na dłużej i jest szansa,
że nie powie po latach: „No coś tam czytałem o tym, ale już nie pamiętam”.
Dlaczego podaję ten własny nieskromny przykład napadu na głowę?
Ponieważ zdaniem wielu nowych krytyków Kapuścińskiego i krytyków polskiej
szkoły reportażu – LITERACKOŚĆ naszych tekstów jest upiększaniem, zmyślaniem,
kłamaniem, rozlewaniem farbki, fałszowaniem rzeczywistości.
Nie jest (oczywiście mogą istnieć jakieś przypadki patologiczne, ale
generalnie nie jest).
„Literackość” – to dla mnie przede wszystkim styl. Dobór słów i ich
kolejność. Styl opowiadania, właściwy tylko danemu autorowi. Własny sposób
widzenia, który nie ma nic wspólnego z kłamstwem o faktach.
„Literackość” – to pomysł na formę.
Banały tu wypisuję, ale wydaje mi się, że przy okazji tej całej dyskusji o
kłamstwie, trzeba to przypomnieć.
O Lidzie Baarovej, która (zakładamy, że to prawda) nie przespała się z
Hitlerem, mogłem napisać: „Nie poszła z nim do łóżka”, „Nie przespała się z
nim”. „Nie została u niego na noc”.
A mnie się napisało: „Nie przekonała się, czy naprawdę miał tylko jedno
jądro".
Nie mówię, że to jakieś wybitne zdanie, dla wielu może to być nawet tanie i
może tabloidowe, ale przyznacie: informacja ta sama, podana inaczej. (I jeszcze
z dodatkowym info o Hitlerze). Czytelniczka w Niemczech mi mówi: To zdanie o
jądrze – überraschend.
Można napisać:
1. Poznali się w pracy.
2. Poznali się w fabryce.
3. Poznali się w wytwórni fortepianów, gdzie razem pracowali.
4. Poznali się przy polerowaniu klawiszy.
Proszę sobie odpowiedzieć,
które zdanie Państwo wolą i dlaczego.
Jestem reporterem od 25 lat i zwłaszcza pracując w „Gazecie Wyborczej”,
spotykałem się z opiniami kolegów, że ci z działu reportażu od Szejnert, to
muszą zmyślać, bo niemożliwe, żeby mieli ciągle takie dobre teksty.
Uważam, że tak twierdzą ci, którym nie udaje się w tej specjalności.
A nie udaje im się także z braku talentu do pisania reportaży (po latach
najczęściej zostawali publicystami albo redaktorami, niektórzy bardzo dobrymi).
Niestety, nie mieli własnego sposobu widzenia świata. I tyle. Trudno im
było się z tym pogodzić, więc najłatwiej powiedzieć: ci to muszą zmyślać.
Nie twierdzę, że ja mam swój sposób już wypracowany. Męczę się nad pisaniem
okropnie, niejeden kolega w moim wieku miałby już siedem książek, a nie trzy a na dobrą sprawę dwie i pół.
Wiem, jak przeżywa to, co pisze Wojtek Tochman. Wiem, w jakich mękach pisze
Włodzimierz Nowak. Ale wiem, że chcemy, aby to pisanie było JAKIEŚ.
Ten, kto twierdzi, że reportaż lub literatura faktu ma być przepisywaniem
rzeczywistości, mówi głupio.
Reporter – jak mawia Tochman – nie jest taśmą magnetofonową.
Dodałbym, że może być taśmą, jeśli chce i z
tego stworzy styl, ale generalnie nie jest. Przez wiele lat Lidia Ostałowska
budowała swoje reportaże niemal wyłącznie z wypowiedzi bohaterów, maksymalnie
redukując własną narrację. Zwłaszcza w swoich reportażach o młodzieży i
hip-hopowcach. Myślę, że nie chciała przeszkadzać swoją osobą w przekazie. Ale to też nie była „czysta taśma
magnetofonowa”, to była inteligentna taśma. Bo przecież Lidka musiała dokonać
selekcji materiału i skrótu.
Forma też sprawia, że tekst z punktu widzenia „naukowego” jest kłamstwem.
Nie jest czystym faktem. Monika Piątkowska, dziś pisarka (m.in. „Krakowska
żałoba”), ale przez wiele lat reporterka napisała swój najlepszy – moim zdaniem
- reportaż o wybitnej polskiej tłumaczce pisarzy iberoamerykańskich Zofii
Chądzynskiej od tyłu. Zaczynał się od końca życia bohaterki a kończył na
narodzinach. Dopiero po kilku odsłonach orientowaliśmy się w tym zabiegu.
Goły fakt? Czysty fakt?
Nie, bo niczyje życie nie zaczyna się od końca. Ale tu zaczęła się „literackość”
tego reportażu.
Mój reportaż o rzeźbiarzu czeskim, Davidzie Czernym jest wędrówką przez
Pragę, po jego rzeźbach, rodzajem przewodnika, drogi od stacji do stacji… David
pod każdą rzeźbą opowiada coś ciekawego albo wchodzi w interakcje ze swoim
dziełem. Przeszliśmy we trójkę z fotografem taką drogę. Jednak najciekawsze
rzeczy rzeźbiarz opowiedział u mnie w domu, w Warszawie dwa tygodnie wcześniej.
Nie zaznaczałem tego w tekście, bo by mi to popsuło ładną formę wędrówki po
Pradze.
Jakie to ma znaczenia dla czytelnika?
Żadne.
Niemniej uważam, że to co stanowi ten tekst to fakt, tylko nie goły!
(Hemingway mówił, że żadna opowiedziana historia z naukowego punktu widzenia nie może być prawdziwa. Przytacza to Marek Miller w kultowej książce "Reporterów sposób na życie").
Reporter ma prawo do swoich wrażeń (powtarza jak mantrę Tochman). Czy jego
wrażenie jest gołym faktem?
Autor „Merde. Rok w Paryżu”, Stephen Clarke (ale można przyjąć, że reporter,
bo ta świetna książka to de facto reportaż o Francji) był w jakimś paryskim
urzędzie, gdzie urzędniczka spojrzała na niego strasznie, nieprzyjemnie, z
wyrzutem, z agresją w oczach, z niechęcią.
Clarke pisze, że spojrzała na niego tak jak Saddam Husajn musiał spoglądać
na portrety Georga Buscha.
Co wolicie? Spojrzała z niechęcią? (Czasem tak, czasem skromność w zdaniu jest wskazana, jednak w przypadku tej książki ja
wolę Husajna).
Teraz: czy odczucie Clarka jest gołym faktem, czystym faktem?
Nie, jest wrażeniem i interpretacją. Nigdy nie sprawdzimy zresztą, czy tak
spojrzała. I tu zaczyna się ta tzw. „literackość”. I nic nam do niej. Najwyżej
możemy jakiegoś autora nie kupować.
„Stylem dokonujemy naszych podbojów, panowie, stylem” – napisał Babel.
Przez lata pracy w dziale reportażu (na początku z Hanną Krall, potem z
Małgorzatą Szejnert, która moim zdaniem, razem z Juliuszem Rawiczem, v-ce
naczelnym „Gazety” uratowała po komunizmie polską szkołę reportażu od śmierci)
uważałem, że piszę teksty dziennikarskie. Ich odmianę jaką jest reportaż. Słowo
„literackość” nie przechodziło nam przez gardło. A już Małgosia na pewno dałaby
nam po łapach, gdybyśmy się tego określenia próbowali chwytać.
Nabrałem śmiałości ostatnio, kiedy Francuzi mi mówią, że „Gottland”
to eseje, Niemcy, że opowiadania a Rosjanie, że szkice historyczne. Zresztą oznacza to,
że mają kłopot z tym gatunkiem, bardzo się dziwią, kiedy mówię im, że u nas to
po prostu dziennikarstwo, reportaż.
Oj, nie takie proste ludziom czas zajmować.
Data publikacji: 2010-04-19
Komentarze
2010-04-19 - Elżbieta
Brawo. Nareszcie rozsądny głos w tej dyskusji! Nie wiadomo dlaczego niektórzy sądzą, że istnieje rzeczywistość w stanie czystym, a przecież nawet samo spojrzenie zmienia otaczającą nas rzeczywistość, choćby dlatego, że patrzymy w tę a nie w tamtą stronę. Nawet najbardziej werystyczna ze sztuk, czyli fotografia jest SZTUKĄ, ponieważ reprazentuje oryginalne i nieoczywiste spojrzenie na rzeczywistość. Gdyby reporter po prostu zapisał to, co słyszy, nikt by tego nie cztał. Reportaż to gatunek LITERACKI, a Ryszard Kapuściński jest mistrzem tego gatunku.
2010-04-19 - student WDiNP
Panie Mariuszu, wreszcie rozumiem na czym to polega. Czytałem wszystko dotyczące książki pana Domosławskiego i nie łapałem, gdzie jest racja. Teraz wiem, co robił Ryszard Kapuściński. Kiedy wróci Pan do nas na wydział? M.
2010-04-20 - ab
Napisał Pan bardzo fajny, ciekawy, jasny i przejrzysty i mądry tekst. :) Muchas gracias, muchas gracias Senior :)
2010-04-20 - JL
Panie Mariuszu, nie powinienem się właściwie wypowiadać, bo gruby tom Domosławskiego nadal leży na mojej szafce nocnej i nieprędko go przeczytam do końca. Jednak w miarę uważnie śledziłem dyskusję, którą ta książka spowodowała, i nie wydaje mi się, żeby dotyczyła literackości reportażu, czyli w jaki sposób wolno opowiadać o faktach. To, co Pan pisze, jest i ciekawe, i w pełni słuszne. Tyle że mnie bardziej nurtuje wypowiedź Stasiuka, zresztą bardzo pięknie skonstruowana, w której, najogólniej, napisał, że reportaż trzeba traktować dokładnie tak samo jak inne gatunki literackie i związek tego rodzaju tekstu z rzeczywistością w ogóle go nie interesuje. A więc czy jest jakieś kryterium, które decyduje o tym, że mamy do czynienia z reportażem, czy granica nie istnieje?
2010-04-20 - Yasmina
Uważam, że dyskusja, z której mam 21 wycinków na pracę magisterską dotyczyła literackości reportazu, ponieważ pada w wielu głosach, że Kapuściński nie trzymał się faktów i stąd pojawia się postulat, że cały team polskich reporterów-spadkobierców też nie trzyma się faktów - że właśnie trzeba się trzymać. Pan Mariusz pokazuje absurd takiego żądania, które ma być totalne. Przecież nie da się tylko trzymać faktów.
2010-04-20 - JL
Dobrze. Wróćmy więc do przykładu pana Mariusza. Dodajmy jeszcze jedno zdanie, ewidentnie brzydkie: "Poznali w zakładach produkujących transportery opancerzone". Załóżmy dodatkowo, że zgodnie z wiedzą autora zdarzenie miało rzeczywiście miejsce w zakładach należących do koncernu przemysłu zbrojeniowego i raczej tam fortepiany nie były wytwarzane, choć kto wie, to w końcu tajemnica. Jakie zdanie wybieramy? Ja na pewno: "Poznali sie przy polerowaniu klawiszy". Jest intrygujące, jest w nim niedopowiedzenie, które dopiero z czasem zostanie (może) wyjaśnione, jeśli autor wpadnie na dobry pomysł.
2010-04-22 - A.
Niedopowiedzenie jest w każdym z tych zdań. Cały numer polega na tym, że dopiero to ostatnie zdanie tworzy obraz. Każdy wie jak wyglądają klawisze fortepianu i szybko je widzi, w przeciwieństwie do np. "pracy", a poza tym tamci dwoje są bliżej siebie, klawisze są małe i mamy od razu poczucie, że może i oni są bliżej siebie, robi się intymnie:) Fajny tekst, prosimy o więcej o polskiej szkole reportażu:)
2010-04-27 - nonfiction
No tak, ale przywolywany tu Domoslawski czyniac Kapuscinskiemu absurdalne, jak widac, zarzuty, sam mija sie z prawda i to koszmarnie. Czy taki gatunek, jak paszkwil, powinien trzymac sie faktow? Bo do literackosci mu daleko...
2010-04-27 - TeKa
Brawo panie Mariuszu! Dziękuję za "krótkie omówienie reportażu". Kapuściński świetnie opisał, czym jest dla niego reportaż (strony 392-407 w Lapidaria I-III, Czytelnik 1997). "Reporter to postawa życiowa, to charakter."
2010-04-29 - Mariusz Szczygieł
Nie napisałem nic odkrywczego, ale powiedzmy, że mi dobrze oświata wychodzi :)
2010-04-29 - TeKa
Pana tekst pozwoliłem sobie wydrukować i dostarczyłem p. Alicji Kapuścińskiej. Ucieszyła się. Podobnie jak z tekstu, którego być może Pan nie zna: "Kapuściński non-fiction: klucz do biografii?" http://alfaomega.webnode.com/products/el%C5%BCbieta%20binswanger-stefa%C5%84ska:%20%22kapu%C5%9Bci%C5%84ski%20non-fiction%22%20-%20klucz%20do%20biografii-/
2010-05-08 - a.laska
Nie wiem gdzie mam pisać. Nie mam miejsca w Pana Dzienniku. A jednak i tak rozepchnę się miedzy wierszami nie na temat. Coś jej w tej fascynacji Czechami. W fascynacji ich literaturą. Kiedyś ktoś, gdzieś polecił mi "Śmierć pięknych saren", to już było po Havlu, Hrabalu, Hasku. Poszło. Po czesku czytam "dosłownie", czyli nie czytam. Ale i tak lubię. Prawie płakałam z rozkoszy jak skończyłam "Świnki morskie" w końcu po polsku (choć proszę mi przyznać, że wydanie tragiczne - błąd na błędzie). Co jeszcze? Co jeszcze Panie Mariuszu nie zostało przetłumaczone a powinno? Których jeszcze książek nasączonych tym cudownym dziecięcym absurdem nie było dane nam przeczytać. Jest Pan w stanie jeszcze coś wymienić? Czy te najważniejsze jednak już są. Już je możemy mieć. Których z nich nie wymieniłam?
2010-05-16 - Elżbieta
Polecam książki Josefa Skvoreckiego (Josef Skvorecky, przez "Sz"), jest sporo polskich przekładów, łącznie z grubaśnymi, ale strasznie wciągającymi "Przypadkami inżyniera ludzkich dusz". A jakie ksiązki Vaclava Havla Pani czytała?
2010-06-16 - Daniel
Pańskie przemyślenia odnośnie reportażu i dziennikarstwa, dla mnie osobiście, są bardzo inspirujące.
2010-07-14 - nonfiction
Szkoda, że Wyborcza w tym roku tak zeszła na psy. Najpierw podniecając się paszkwilem D., potem żenującym "reporting" o katastrofie w S. W rzeczywistości w Polsce nie ma już gazet (dzienników i tygodników), które warto czytać, to jest fatalny poziom dziennikarstwa. Od czasu do czasu jakiś ciekawy reportaż pojawiał się w DF, ale ginął w okalającym go szambie. Sakiewicz w tym wypadku ma rację: http://niezalezna.pl/article/show/id/36552 Właściwie z podniesioną głową wyszedł z tego wszystkiego tylko Wojciech Tochman - reszta reporterów GW zbłaźniła się zachwycając się paszkwilem D. PS. Co u D. słychać tak w ogóle? Jeszcze pracuje w GW? Kupuje wille i luksusowe samochody za judaszowe srebrniki?
2010-09-03 - almendra
panie Mariuszu,pozdrawiam serdecznie. czytam wszystko co pan napisze, wszystkie reportaże w wyborczej.lubie bardzo , przenoszą mnie w inny świat.dziękuje bardzo!sama chciałabym pisać. jestem lekarzem ,ale co tam.nie chce pisać o medycynie.mieszkam w Andaluzji. lubie obserwować. świat jest ciekawy.ludzie mówią fajne rzeczy.zajrzałam na strone Polskiej Szkoły Reportażu.chyba nikt mnie tam nie przyjmie haha..
2011-04-30 - Magdalena Smok
Nie wiedziałam, że ma Pan stronę internetową. Po przeczytaniu kilku wpisów z przyjemnością wykonałam kilka kliknięć i adres trafił do moich ulubionych. Będę tu zaglądać na miły początek dnia. Chociaż... sama nie wiem - może lepsze będą wieczory? Tak sentymentalnie i z lekką (za)dumą czyta się słowa wpisane tu przez złotoryjanina. Pisze Pan dokładnie tak, jak ja czytać lubię.
Postanowiłam też nadrobić wstydliwe zaległości i przeczytać Pana książkę, która leży na babcinej półce i czeka, trochę zaniedbana, bo staruszka już nic nie widzi, a ja, wyrodna wnuczka, wpadam z odwiedzinami za rzadko, za krótko.